Czy tego chcemy czy nie (haha) nasz remont powoli, siermiężnie dobiega końca. Dziś oddamy do użytku WC, na dniach uruchomimy łazienkę, później sypialnię… Im bliżej momentu gdy będziemy mogli się w końcu zabrać za sprzątnie (szorowanie) naszych „czterech kątów”, a następnie przeprowadzkę tym bardziej czujemy, że jest pod górkę. Teraz każde opóźnienie, choćby tylko 1 dniowe jest odczuwalne, a presja coraz większa bo chcemy JUŻ, TERAZ, ZARAZ. Bo gdy coś jest blisko to wydaje się być najdalej…
Aktualnie czekamy na możliwość opróżnienia 2 naszych ostatnich izb w celu ich pomalowania, później przedpokój i… voilà! To tak w skrócie.
Kiedy rozpoczynaliśmy remont w drugiej połowie września zeszłego roku byliśmy pełni zapału i pewności, że 1 urodziny Młodego spędzimy już „na swoim”. Wydawało się nam wtedy, że likwidacja starej boazerii, drapanie ścian i skuwanie kafelek to kwestia tygodnia. Kolejne 2-3 tygodnie to czas na gładzie, a później już tylko wymiana okien, montaż drzwi, kafelkowanie… ohh jakie to było naiwne. Brak doświadczenia w pracach remontowo – budowlanych dał nam się we znaki. Bo po pierwsze starą boazerię trzeba było gdzieś upłynnić (pociąć, przygotować do wywózki), do mieszkania trzeba najpierw zwieź sprzęt, a skucie kafli (w kuchni łazience i wc) to był jedynie początek mordęgi związanej z instalacjami wod-kan. Nie będę tutaj wspominaj o czyszczeniu ścian do tynku – czynność ta jest nominowana do najbardziej parszywej roboty tego remontu.
Co ciekawe największym problemem jakim przyszło nam się zmierzyć w trakcie tego remontu nie były braki umiejętności, pusty portfel (mieliśmy dobrze wyliczony budżet, ale o tym później) czy niechęć do pracy, a brak sił fizycznych. Wiem o tym najlepiej bo „na Olimpie” byłem codziennie od poniedziałku do soboty, od 15 do 20-21 drapałem, gładziowałem, później szlifowałem, gruntowałem, dni mijały a efektów jakby wciąż nie było widać.
I tak z dnia na dzień zmęczenie fizyczne dawało się coraz bardziej we znaki, a kolejne deadline’y okazywały się być z dupy wziętymi i nierealnymi, zapał opadał bo ile można robić i nie widzieć efektów tej roboty!? No ile? Miesiąc :) Tyle można. Więcej nie.
Oczywiście na opóźnienia miały też wpływ czynniki zewnętrzne. Na okna trzeba było czekać miesiąc, na kuchnie podobnie, nie mówiąc o jej instalacji która miała zając dwa dni, a zajęła w sumie chyba ponad tydzień. Podobnie szafy w przedpokoju. Jedynie drzwi wewnętrzne chłopy zrobiły zgodnie z zapowiedziami, ale co z tego jak przy okazji narobili roboty na kolejny tydzień (poprawki po grubym kuciu, którego miało nie być w ogóle). Jeśli dodamy do tego chorobę Małego, jego pobyt w szpitalu, instalację skrzynki z bezpiecznikami (kolejne 3 dni wyjęte z życiorysu budowlanego) i grudniowy przestój spowodowany okresem przedświątecznym to mamy pełny obraz…
Dziś efekty remontu widać gołym okiem. Jest fajnie, jest dobrze, jest blisko, a jednak jeszcze tak daleko.
Lista ToDo ma dwadzieścia kilka pozycji, a ostateczny deadline już za tydzień.
Powiem szczerze, jestem kurewsko tym remontem zmęczony. Nie bawi mnie nawet wizja składania mebli czy wieszania lamp. Chce siąść, i nie musieć robić nic, choć przez chwilę, nie spieszyć się z pracy do domu, choć raz nie musieć przebierać się w remontowe ciuchy i zastanawiać co tu zrobić, żeby było dobrze.
No cóż, to jest cena jaką się płaci za remont ze własnym zakresie. Czy było warto? Nie wiem.
Z jednej strony koszty wynajęcia firmy budowlanej spowodowałby z pewnością konieczność albo rezygnacji z części wyposażenia, albo powiększenia budżetu, na co nas najzwyczajniej w świecie stać nie było. Z drugiej strony znalezienie w dzisiejszych czasach firmy, która chociaż w 90% wywiązałaby się ze swoich prac w stopniu więcej niż zadowalającym (wykonanie, terminy) graniczy z cudem. Znam różne przypadki i powiem szczerze, że wolę ciekawiej spożytkować te 10-15 tysięcy jakie musielibyśmy z pewnością wydać na robociznę ;).
Ze strony trzeciej wszyscy mówią o jakieś niebywałej satysfakcji jaką mam osiągnąć po zakończeniu prac…
No więc kończymy ten remont i czekam na ten „boski dotyk”, który sprawi, że krew, pot i łzy wylane podczas tego remontu będą przez kolejne lata procentować zadowoleniem i dobra aurą „Na Olimpie”.
wg obliczeń małżonka w sobotę robimy wielkie sprzątanie, na które zaprosiliśmy już nasze rodzeństwo a w kolejnym tygodniu przeprowadzka – dla mnie wciąż nierealna, bo przecież tutaj mieszkamy już 4,5 roku – przyzwyczaiłam się chyba bardziej niż mi się wydaje…
no ale trzeba iść naprzód ;) mam nadzieję, że nowe mieszkanie będzie równie szczęśliwe (a może jeszcze bardziej?:)) jak te, wychodzę z założenia, że dom to rodzina, więc zmiana miejsca jest tylko konsekwencją naszej rozrastającej się rodzinki
to już 10ty tydzień ciąży – czuję się nie najgorzej, mdłości dokuczają, ale jakoś sobie z nimi radzę
nowe słowa w słowniku Piotrusia: pijo (piwo, pilot), miiia (misiu), dzisiaj na handlu zanim się spostrzegłam wyhaczył rzepę i…zaczął konsumować…:), sam wychodzi z łóżeczka, sam do niego wchodzi, zaczyna wspinać się na fotele i kanapy – robi się zaiste coraz ciekawiej! kocham tego małego brzdąca nad życie, daje mi tyle radości, tyle spełnienia…wszystko oczywiście potrafię zepsuć swoim marudzeniem jak mi to czasami ciężko, ale w głębi serca macierzyństwo to jest moja największa lekcja miłości, cierpliwości i zrozumienia
kupiliśmy ostatnio:
- łóżko, materac (skorzystaliśmy z porady fizjoterapeutki – ciekawe, czy będzie wygodny!), płytę szczytową, szafki ścienne, lampę, karnisze i firanki do sypialni
- do pokoju młodzieńca komodę, półki białe i kolorowe, stolik, dwa krzesełka, karnisz, lampę sufitową i nocną
- czerwony zegar do kuchni
i 4 hot-dogi :))))
W Komforcie zamówiliśmy jasną wykładzinę safari (do sypialni).
A dzisiaj zostały położone panele w dużym pokoju jupiiii :)
W Abrze wybraliśmy brązowo-beżowy narożnik Play – niestety trzeba czekać na niego około 5tygodni.
Wyprowadzka tuż, tuż. Jeszcze tylko malowanie reszty pokoi, montaż mebli, wielkie sprzątanie i będziemy mieszkać na „olimpie” :)
Początek lutego to najbardziej realny termin (a my naiwni sądziliśmy, że zamieszkamy tam na I-wsze urodziny małego, które były ponad dwa miesiące temu ;)
W niedzielę 15.01. ojciec rodziny porwał nas na wycieczkę! (robi cały Boży tydzień na budowie, a potem wpada na genialny pomysł, żeby w jedyny wolny dzień w tygodniu wstać przed 7mą, zapakować majdan czyt. duży wózek plus sanki plus cały osprzęt dziecięcy i wyruszyć w drogę!) Celem było oczywiście poszukiwanie zimy no i … udało się :) dorwaliśmy ją w Wiśle, gdzie nie było nas już prawie rok. Na miejscu byliśmy przed 10tą, przyjemny mrozik, prószący śnieżek. „Prawie” zdążyliśmy na mszę w małym kościółku na Górnośląskiej, a potem spacerki, spacerki, spacerki. Mały pierwszy raz na sankach – minę miał baaardzo poważną. Opatulony kocami siedział cichutko jak „g” w trawie :)
„U Janeczki” czekała na na nas pyyyszna gorąca czekolada, ciacho i kawa. Mały gościł się jak u siebie :)

Potem znowu spacer (mały popadł w stan drzemki 40minutowej) no i obowiązkowo obiad w karczmie „Ondraszkowa Izba”. Piotruś spotkał tam dwie koleżanki z tego samego rocznika, rozdawał buziaki na lewo i prawo, chwytał dziewczyny za ręce – generalnie mały podrywacz się w nim obudził. Chyba z wrażenia postanowił się przesikać, ale zapas ubrań na zmianę był przygotowany, więc nie zaskoczył nas tym zbytnio.
Potem jeszcze małe odwiedziny u znajomych w Tychach i minioną niedzielę możemy zaliczyć do jednej z piękniejszych w ciągu ostatnich kilku miesięcy :)
Jeśli ktoś śledził mój niechlubny „Dziennik Remontowy” z pewnością w ostatich tygodniach czuł się strasznie zaniebany :). Niestety pogodzenie pracy zawodowej (jednej i drugiej), życia rodzinnego, żywota dziarskiego robotnika i niedzielnego pisarza nie jest łatwe, a doba jak na złość ma tylko 24h.
Jednak! Mimo wszystko zbliżamy się do końca tej wydawałoby się niekończącej się sagi pt: Remont mieszkania i z każdym dniem bliżej nam do pierwszej nocy spędzonej na „Olimpie” (czyli w naszym nowym mieszkaniu). Mało tego. Powiem, że jeszcze nigdy nie było tak blisko jak dziś ;).
Stan robót na dzień dzisiejszy wygląda następująco:
1. Łazienka – dziś powinna zostać ukończona w 100%. Do zrobienia w najbliższych dniach pozostanie fugowanie wanny, mycie i doprowadzenie do porządku kafelek/wanny oraz montaż szafek, pralki, lustra, baterii. Na deser będzie jeszcze kaloryfer, ale to też już tylko kwestia montażu.
2. WC – jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem do końca tygodnia zakończymy kafelkowanie (zostało kilka kafli) i montaż Geberita.
3. Kuchnia – ukończona w 100%. Pomalowana, zabudowana i piękna. Pozostało domyć, wyczyścić i można gotować.
4. Sypialnia – gotowa w 100%. W tym tygodniu musimy kupić dywan, łóżko, szafki i zamontować to wszystko w naszym małym królestwie ciszy i spokoju.
5. Salon – pomalowany, wypieszczony. Do końca tygodnia montaż paneli i jak dobrze pójdzie w sobotę pojawią się w nim zapakowane w pudełka meble.
6. Pokój dziecinny – czeka nas malowanie, niestety ze względów logistycznych póki co pokój ten służy jako magazyn więc malowanie uzależnione jest od jego opróżnienia.
7. Pokój biurowy – jw. czeka na malowanie, póki co to nasze centrum dowodzenia więc wygląda na to, że ukończony zostanie na samym końcu.
8. Przedpokój – w planie malowanie i pieszczenie cokolików, myślę, ba, jestem pewien, że do końca tygodnia uda się go wykończyć.
Oczywiście czeka nas jeszcze montaż oświetlenia, szafek i półeczek. Podłączanie sprzętów, mycie, szorowanie, czyszczenie okien, drzwi, ram, kafli oraz znienawidzone poprawki kosmetyczne. W między czasie opróżnienie mieszkania z remontowych sprzętów, likwidacja odpadów, no i przeprowadzka ale to wszystko to PIKUŚ w porównaniu do tego z czym musieliśmy się zmagać przez ostatnie 4 miesiące.
Plan jest jasny.
Kończymy remont do końca stycznia i choćby nie wiem co – wprowadzamy się.
Damy radę!?